Mity małżeńskie – jak dwie połówki jabłka

Dzisiejszym wpisem wracam do tematu małżeńskich mitów.

Małżeństwo jest jak dwie połówki jabłka. Może nawet pomarańczy, gruszki i innych symetrycznych owoców. Czy tak naprawdę jest? Do pewnego momentu tak. Co więcej, wydawać by się mogło, że ludzie często dopasowują się do siebie pod różnymi względami. W porównaniu związku do jednolitego owocu w zasadzie chodzi o dwie sprawy: żeby podkreślić jedność dwojga osób, ich komplementarność, albo umiejętność uzupełnienia się nawzajem w różnych obszarach życia. Może to dotyczyć sposobów myślenia, także światopoglądowych, zainteresowań, schematów działania itp. Z drugiej strony, biorąc pod uwagę fakt, że relacja dojrzałej więzi kształtuje się latami oraz drugi fakt, że ludzie nie są
w ciągu zmieniającego się czasu zawsze tacy sami – dostrzegam, że mit owocowego dopasowania mija się z realiami skomplikowanej i długoterminowej rzeczywistości. Przecież gdybyśmy rzeczywiście stanowili tę owocową jedność nie powinno między nami dochodzić do sytuacji, w której jedno czuje pod nogami krawędź głębokiej przepaści.

Nierzadko bywa tak, że w sytuacji poważnego partnerskiego kryzysu ludzie zaczynają wierzyć w ten mit, że ich wzajemne dopasowanie  i uzupełnienie wystarczy do uratowania relacji. W takiej sytuacji można łatwo popaść w pustą przestrzeń przeczekania, które w najlepszej sytuacji będzie trwać i trwać, ale najczęściej skończy się wzajemnym odwróceniem od siebie. Powrót do pierwotnego stanu rzeczy będzie bardzo trudny o ile w ogóle możliwy. Mit dopasowanych połówek jabłka puka do świadomości zazwyczaj za późno. W ciągu mijających miesięcy i lat wspólnego życia razem łatwo przeoczyć rozjazd torów w dwa oddzielne, biegnące równolegle obok siebie ale do pewnego miejsca, w którym następuje skręt w lewo i w prawo. Jeśli oboje podążają w jednym kierunku to ok., ale co kiedy się okaże że rozjazd nastąpił oddzielnie, w kierunkach rozbieżnych?

Ciekawą jest sprawa, że mit ten może mieć zastosowanie także w relacji matka – córka. Nie chciałabym w tym miejscu rozwijać tego wątku, może wrócę do niego innym razem ale przyznacie sami, że skądinąd słyszeliście o przypadkach matek tak mocno zżytych ze swoimi córkami (z wzajemnością), tak bardzo się nawzajem wspierających i rozumiejących, aż tu nagle, a może wcale nie tak nagle ale właśnie powoli, nastąpił rozjazd. Dramaturgii takim sytuacjom dodaje przykładowy obraz torów, z których jedne kończą się tuż nad przepaścią.

Małżeńskie mity mają to do siebie, że chce się w nie wierzyć kiedy sytuacja wymyka się spod kontroli.  W pewnym momencie następuje pewne otrzęsienie, jakby przebudzenie z letargu w którym się niepostrzeżenie tkwiło latami. Często przez pracę, karierę, przez nieustanne wychowywanie dzieci i skupienia na nich głównej uwagi, między wierszami tracąc więź małżeńską, nie dostrzegając jak zmienił się partner. Wspomniana, wewnętrzna zmiana partnera nie musi oznaczać zmiany na gorsze. Wystarczy, że będą to zmiany w kierunku, który nie jest już wspólnym mianownikiem obojga, jakim był przed laty. Wtedy stanowiliśmy jabłko ale teraz już nie.

Zdaję sobie sprawę z tego, że dzisiejszy wpis nie napawał optymizmem. To może na koniec smacznego … kto ma

No Comments

Sorry, the comment form is closed at this time.